poniedziałek, 10 kwietnia 2017

A po maturze idę na lewo

Nie wiem, jak to się stało, ale już w szkole podstawowej okazałam się jedynym członkiem rodziny szczerze zainteresowanym historią. A jakie znacie "dobre" studia, na których przyda się historia? Prawo! Prawo! Prawo! Miałam ledwie dwanaście lat, szłam dopiero do gimnazjum, a moja rodzina już wiedziała, że pójdę na prawo. I nie, nie pochodzę z rodziny prawniczej, ale po części lekarskiej. Wiadomo, prawo i medycyna to dwa według powszechnego mniemania elitarne kierunki.

Ja sama chciałam zostać lekarką właśnie, co było przyjmowane ze zdziwieniem, bo przecież... Prawo! Prawo! Prawo! Jednak do biol-chemu nie poszłam, bowiem problemy skórne w jakiejkolwiek specjalności zabiegowej zmieniłyby moje życie w koszmar.

Dla niewtajemniczonych - aktualnie obowiązujący system zakłada, że klasy o profilach niezawierających takich przedmiotów jak chemia, biologia, fizyka, historia czy WOS kończą swoją edukację w danym zakresie na pierwszej klasie liceum. Przewidziane są przedmioty uzupełniające - przyroda oraz HiS (Historia i społeczeństwo) i nie tylko brzmi to jak powtórka z podstawówki, ale dokładnie na takim jest poziomie. "Notują tylko ci, którzy nie pamiętają tego z przedszkola" - powiedział nam nauczyciel podczas lekcji o układzie słonecznym.

W praktyce powyższe oznacza, że w trzeciej klasie gimnazjum, czyli w wieku lat piętnastu, trzeba już mniej więcej wiedzieć, co ma się zamiar robić w wieku lat dwudziestu pięciu. Ja akurat byłam wówczas dobra z polskiego i historii. Wyrok: human. A jakie są sensowne kierunki studiów po humanie? Prawo! Prawo! Prawo!

Więc poszłam do klasy dumnie zwanej prawniczą i odtąd cały świat próbuje mi powiedzieć, że popełniłam największy błąd w swoim życiu, a prawo to najbardziej obciachowy i bezużyteczny kierunek pod słońcem, po którym będę mogła pracować co najwyżej w call center za psie pieniądze. Nie ma książki, której bym nie otworzyła, strony internetowej, na którą bym nie zajrzała ani człowieka, któremu nie powiedziałabym o swoich planach, żeby nie dowiedzieć się o o fatalności swojej decyzji.

Oto kilka przykładów.


Z podręcznika do angielskiego (tekst nosi tytuł "Letter to my teenage self"):
"Take your time deciding what career to do - I wish I had done more research into what it's really like to be a lawyer. If i hadn't studied law, I would have found my real career as an actor."
 Z "Informatora maturzystów 2017":
"Prawo należy do kierunków najtrudniejszych i niezbyt pasjonujących dla laika, dlatego kandydaci o niskiej motywacji do wykonywania tego zawodu powinni się dobrze zastanowić nad wyborem kierunku."
Z artykułu "Fenomen gówno wartych prac" David'a Rolfe'a Graeber'a (nie wiem, co to za gość, ale świetnie sformułował, to, co czuję od dawna):
"Jednak po kilku gorzej sprzedających się albumach kontrakt został zerwany, a on sam, obciążony zobowiązaniami finansowymi i małym dzieckiem, dokonał jak sam to ujął, wyboru niemal domyślnego dla ludzi żyjących bez celu: zaczął studiować prawo. "
Z powieści "Małe życie" Hanyi Yanagihary (dawno nic mnie tak nie zdołowało):
"W ten sposób uczelnia prawnicza łamie umysły. Powieściopisarze, poeci i artyści zazwyczaj nie radzą sobie dobrze na studiach prawniczych (chyba, że są złymi powieściopisarzami, poetami i artystami)"
Z podręcznika do historii, ściśle z podpisu pod portretem:
"Honore de Balzac, jeden z czołowych pisarzy XIXw., dla pisarstwa porzucił studia prawnicze, na które wysłał go ojciec."
Przypadek? Nie sądzę...

Oczywiście to są tylko te przykłady, które najmocniej zapadły mi w pamięć, w większości przez pojawienie się w nieoczekiwanych miejscach. Ale internet da wam więcej powodów, nawet całe listy. Nawet z mojej szkoły uważanej powszechnie za miejscową "kuźnię prawników" prawie nikt nie wybiera się na ten kierunek, wszyscy wiedzą, że nie ma sensu.

A ja? Czemu skoro wszyscy wiedzą, ja nie wiem? Wiem, ale nie dosyć, że nie mam pomysłu, co innego mogłabym robić, czuję się pod presją otoczenia lubiącego powtarzać, że idealnie nadaję się do tej pracy. Dlaczego? Odpowiedź na to pytanie często przyjmuje formę obelgi, więc nie będę powtarzać, bo hej, to jest zwyczajnie przykre.

Jeśli zaś sama miałabym mówić o swoich predyspozycjach w tym względzie, rzec mogę jedynie, że zdarza mi się wyszukiwać rozsądne argumenty w dyskusjach z nauczycielami częściej niż przeciętnemu uczniowi.

Szkoda, że tak rzadko we własnej sprawie...  

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Ostatni miesiąc

Coś od wielu miesięcy wisi w powietrzu, przylepia się do ciała i spędza sen z powiek. Ogłupiając trwogą, pełznie na języki, by zawładnąć umysłami i przejąć kontrolę nad kilkoma tysiącami uczniów, rodziców, nauczycieli oraz dyrektorów szkół.

Matura.

Bynajmniej nikt nie jest zaskoczony jak drogowcy zimą. Przeciwnie. Słyszę o maturze od samego początku liceum. Już pierwszego września trzy lata temu jasne było, że cała edukacja ma tylko jeden cel - maturę. Nic, czego nie będzie na maturze, nie ma prawa znaleźć się w programie lekcji, a już na pewno nie na sprawdzianie. O ile za przeprowadzane pod maturę sprawdziany nie mam pretensji, to za rozsiewaną paranoję jak najbardziej.

Jakiś student powinien wyśmiać naszą histerię, wszak matura w porównaniu do sesji to śmiech na sali. Maturę każdy głupi zda. Nawet dla mnie, tegorocznej maturzystki, płacze jakoby ktoś miałby nie zdać matury są po prostu żenujące. Trzeba być albo nieskończenie głupim, albo mieć nieskończenie wielkiego pecha, na przykład przez lapsus popełnić tzw."błąd kardynalny", który zeruje na polskim całą pracę, a to chyba nie przy każdym temacie jest nawet możliwe.

Inna sprawa, że poza zdaniem liczy się wynik.

Założę się też, że studentów nie katują każdą sesją trzy lata, nie wmawiają, że jeśli coś pójdzie nie tak, czeka ich zmywak, mop i czeluście piekielne. Rodzice nie siedzą nad nimi i nie każą się uczyć, nauczyciele ich nie ścigają, rodzina nie wypytuje o przygotowania przy świątecznym stole. Ostatnio odkryłam, że choć jestem potwornie zmęczona, wcale nie męczy mnie nauka, bo wcale się nie uczę, nie mam siły. Męczy mnie całe to myślenie o maturze, zamartwianie się i gromy za lenistwo.

Ostatnio usłyszałam, że jeśli mam czas, by siedzieć na forum literackim, to znak, że za mało się uczę. Nie powinnam mieć tyle czasu, nie powinnam prowadzić bloga, nie powinnam spać i oddychać, ale całe swoje życie podporządkować jednemu wysiłkowi - jak najlepszemu zdaniu matury. Im więcej słyszę takich opinii, tym mniej i z większym trudem się uczę. Jeśli faktycznie nie dostanę się na wybrane studia, będę o to obwiniać wyłącznie ten bezmyślnie klepiący pouczenia chór.

Dlaczego tak jest? Przypuszczam, że straszy ten, kto się najbardziej boi. Dyrekcja boi się słabych wyników, więc straszy nauczycieli. Źli nauczyciele nie przemieniają się magicznie w dobrych, tylko straszą rodziców i uczniów. Dodatkowo rodzice straszą dzieci i proszę bardzo - cały ten tłum spogląda nieszczęsnemu uczniowi na ręce, czy przypadkiem nie pozwolił sobie na jakąś rozrywkę.  

Założę się, że nikt nie ma takich problemów z nauką jak człowiek terroryzowany i nieustannie wybijany z obranego rytmu, a nauczyciele jak na złość biorą się do robienia sprawdzianów, by mieć pewność, że wszystko umiemy. Wiecie co? Niczego tak nie znoszę, jak sprawdzianu ze współczesności w momencie, w którym przerabiam tematy chronologicznie i jestem dopiero w oświeceniu.

O tym, że na wielu lekcjach dzieją się już tylko jakieś bzdury, a my musimy chodzić, bo trzeba mieć minimum 50% obecności już nawet nie wspomnę. Kto ma czas na szkołę, kiedy matura za miesiąc?

Nie wiem, jak to podsumować, ostatnio tak mało czytam przez tę hecę, że już mi słów brak. Mam tylko prośbę - dajcie się maturzystom uczyć w spokoju i nie próbujcie naciskać, bo oni naprawdę wiedzą, co robią. A jeśli nie wiedzą, nic już nie zdoła pomóc.

       

poniedziałek, 27 marca 2017

Całe strony wstydu


Dzisiejsza młodzież jaka jest, każdy widzi. To znaczy głupia, rozwydrzona i gotowa sprzedać nerkę w zamian za smartphone'a czy inny wytwór cywilizacji facebookoholików. Popatrzcie na taką Krin i spróbujcie powiedzieć, że ona nie jest beznadziejna. Zamiast zapisywać swoje przemyślenia w różowym notesiku skrupulatnie ukrywanym pod poduszką, ona założyła sobie bloga i śmie na nim pisać o swoich dziecinnych przemyśleniach. Jest już wprawdzie pełnoletnia, ale tylko pełnoletnia, bo z tej pełnoletności nie wynika nawet możliwość samodzielnego usprawiedliwienia nieobecności szkolnych. Poza tym nawet jeśli teraz jest pełnoletnia, to wcześniej, gdy po raz pierwszy odważyła się wygłosić własne zdanie w internecie, z całą pewnością pełnoletnia nie była.

O tempora! O mores! Ani się obejrzycie, a zacznie tu wrzucać swoje "selfiki" i pisać o ciężkim życiu, braku zrozumienia oraz wyborze Korwina na urząd prezydenta. Wszystkie te blogujące nastolatki powinny natychmiast wrócić do kąta, zamiast kazić dorosły świat swoją obecnością.

Żadnych blogów, jazda na boisko, potem na domówki, a jak nikt ich nie zaprasza, to odrabiać lekcje i pomagać rodzicom. Powieści pisać mogą, ale niech się przynajmniej nie ośmieszają publicznie, bo pisarzami są tylko bardzo poważni ludzie bardzo daleka stąd. I mają wąsy. I brodę. A jeśli z jakiegoś powodu nie mają, to przynajmniej z poważnymi minami chleją wódę, by odnaleźć natchnienie.

A tak poważnie - pamiętam, jak mając lat koło dziewięciu pod wpływem młodzieńczego natchnienia postanowiłam, że napiszę powieść i natychmiast zaczęłam wcielać swój plan w życie. Gdyby moje działania nie spotkały się z reakcją, najpewniej napisałabym kilka stron, a wiekopomne dzieło szybko zagubiłoby się w pomroce dziejów. Ale reakcja była i to nieprzyjemna. Jeszcze nie rozumiałam wówczas, o co chodzi, nie potrafiłam też określić rozumowo, dlaczego pisanie jest czymś niewłaściwym, ale czułam, że objęty przeze mnie kurs jest kursem skazującym na potępienie.

Od tamtej pory wielokrotnie nachodziły mnie chęci, by pisać. Spędzałam całe dnie, wymyślając historie, ale nic nie zapisywałam, bo było mi zwyczajnie głupio. To znaczy zapisywałam, w zeszycie z najgłębszej szuflady i tylko wtedy, kiedy nikt nie widział. Zwłaszcza rodzeństwo, bo ono mogłoby powiedzieć rodzicom. Na pewno by powiedziało, rzecz jest w końcu tak żenująca, że aż zabawna.

Ale to pisanie było tylko w dobrych momentach, kiedy chwytała mnie ta czysta, dziecięca i nieskażona brakiem pewności siebie wena. Do dziś mam swój tajemny zeszyt pełen napoczętych tekstów pisanych na przestrzeni lat i chętnie poczytałabym, żeby zobaczyć niewątpliwy postęp, ale za bardzo się boję.

I tak minęło do gimnazjum. W gimnazjum trafiłam między radośnie klepiące w klawiaturę yaoistki oraz dziewczyny bez żenady deklarujące, iż właśnie są w trakcie pisania powieści. Ja im opowiadałam swoje historie, one mi swoje i wesoło mijał czas, aż nagle zdałam sobie sprawę, że jestem jedyną osobą w towarzystwie, która mimo snucia złożonych opowieści, żadnej nie zapisuje. Deklarowałam to otwarcie - ja swojej nie zapisuję, nie tłumacząc dlaczego.

Bo wiecie, pisanie powieści w gimnazjum to żenada.

Nie wiem, jak to się stało, że jedna z wyżej wspomnianych koleżanek wciągnęła mnie w forum literackie. Znacznie lepiej pamiętam więżącą mnie wówczas nieśmiałość, której w pewnym stopniu nie wyzbyłam się do dziś, ale do niczego nie jestem w stanie porównać bólu tamtych pierwszych prób i szczęścia znalezienia się w środowisku aspirujących pisarzy. (Ludzie, kocham Was.) Okazali się nagle być bardzo, bardzo blisko i przysięgam, że nic mi nie wiadomo o żadnej wódce.

Tak rozpoczęło się pisanie poważne i regularne, teksty nareszcie zaczęły mieć zakończenia, a kto kiedykolwiek próbował pisać, wie jaki to ogromny postęp. Więc co? Czy to koniec tej historii? Wszyscy żyli długo i szczęśliwie?

Nic bardziej mylnego.

Bardzo trudno jest utrzymać w sekrecie hobby zajmujące kilka godzin dziennie, gdy mieszka się z rodziną, więc prawda szybko wyszła na jaw. Skończyłam jedno opowiadanie, skończyłam drugie... To zachciało mi się pisać powieść i tą myślą w swej bezgranicznej ufności podzieliłam się z pierwszym napotkanym domownikiem. Wiecie jaka była reakcja? Słowa przytaczam niedokładnie, bo dziś zwyczajnie nie pamiętam, ale były tak samo konkretne:

"Tylko nie myśl, że tym się zajmiesz w życiu" - usłyszałam, zanim zdążyłam skończyć zdanie. Naprawdę. Przerwano mi, jakbym nabawiła się niebezpiecznej choroby, której atak należy bezzwłocznie powstrzymać.

Serio?

Chyba nawet nie potrafię tej sceny opisać słowami. To nie był niepokój! To była panika! Natychmiast przestań myśleć o pisaniu powieści - mówiły te oczy. Pisanie opowiadań nic nie znaczy, wielu zdarza się ten jakże żenujący epizod, ale pisanie powieści to już stanowczo zbyt dużo. Kiedy człowiek zaczyna pisać powieść, to znak, że młodzieńcza głupota wyrwała się spod kontroli.

Byłam już wówczas przyzwyczajona do for literackich, poradników pisania i blogów w tejże tematyce, więc do głowy mi nie przyszła taka reakcja. Wybrnęłam z sytuacji, tłumacząc jednym tchem, że powieść chcę napisać dla siebie i w ogóle to przysięgam, że nigdy nawet nie pomyślę o zostaniu pisarzem, skończę prawo i zrobię karierę. Wielką karierę.

To oczywiście nie był koniec tej batalii. Po pierwsze, pisanie zabiera mi czas na naukę. Już nie robią tego gry komputerowe ani internet. Siedzenie w szkole do szesnastej, gdy może na jednej czy dwóch lekcjach w jakikolwiek sposób poszerzam swoją wiedzę nie zabiera mi czasu na naukę - robi to, często niepełna, godzina pisania. Bo przecież pisanie nie uczy. Nie rozwija. Pisanie to wdychanie oparów weny i przelewanie na papier strumienia świadomości.

Ale rzecz naprawdę zabawna miała dopiero nadejść. Któregoś wieczora, ni stąd ni zowąd, od wydawałoby się całkiem trzeźwo myślącej i bliskiej mi osoby dowiedziałam się, że istnieje jeszcze jedno ryzyko - popadnę w konflikt z prawem i pójdę do więzienia, bo będę chciała zobaczyć, jak to jest, w końcu pisarz wszystkiego musi doświadczyć na własnej skórze. Gdybym nie była tak zszokowana, ryknęłabym śmiechem. Teraz mam ochotę.

A skąd wspomniana osoba wie, co się tym pisarzom kotłuje pod czaszką? Otóż istnieje taki serial jak "Californication" opowiadający o mężczyźnie, który napisał jedną książkę i dalej wena mu się skończyła, więc, żeby się odblokować zażywa przygodnego seksu, alkoholu i narkotyków. Nie oglądałam, nie wiem, czy to dobry czy słaby serial. Wiem, że to ten argument, nie pobyt w więzieniu, zmienił moje postrzeganie świata.

Nie wiem, może ja naprawdę wyglądam na marzycielkę gotową rzucić studia i iść do więzienia dla sztuki. Może cała młodzież na taką wygląda i stąd przekonanie, że jeśli już podzieli się jakimś poglądem, będzie to pogląd bezkreśnie naiwny. Problemem nie jest nawet opinia innych, bo jeśli jesteś idiotą prawda prędzej czy później wyjdzie na jaw. Problem mają ludzie tacy jak ja, którzy słuchają takich opinii całe życie i naprawdę zaczynają wierzyć, że są za głupi i nie mają prawa ani pisać, ani wyrażać własnych poglądów.

Każdy publikowany w internecie utwór to dla mnie wstyd i wątpliwości - czy nie jestem aby tylko nastoletnią grafomanką, która zgrywa artystkę? Podobnie jest z każdym publikowanym na tym blogu wpisem. Bo co jeśli ludzie powiedzą mi: "Wracaj do szkoły, może tam zmądrzejesz."?

Na szczęście nikt tak jeszcze nie powiedział. Przeciwnie. W przypadku opowiadań słyszę nieśmiertelne: "Naprawdę dobrze piszesz... jak na swój wiek." Często zastanawiam się, jak w takim razie piszą moi rówieśnicy. Można by się upierać, że wcale nie piszą, skoro ich nie widać, ale przecież co drugi pisarz deklaruje, że zaczął pisać najpóźniej w szkole średniej. Może ich nie widać, bo niczym się nie wyróżniają?  

Tak czy inaczej, pragnę wam bezwstydnie oświadczyć, że jestem może nie dorosła, ale przynajmniej pełnoletnia i nie dosyć, że będę uparcie prowadzić bloga, to zamierzam zostać pisarzem. Może nie rzucę z tego powodu studiów, ale nikt nie zabroni mi nieustannej praktyki i sformułowania tego celu wprost. Szansa jeden na milion, ale nawet jeśli nie zostanę tym jednym, milionem też ktoś przecież musi być, inaczej literatura już dawno zeszłaby na dno.

Tylko nie mówcie mojej rodzinie ;) 

niedziela, 19 marca 2017

Bo kobiety piszą infantylnie...

Podobno kobiety czytają średnio więcej niż mężczyźni.

Podobno choć kobiety czytają więcej, rzadziej niż mężczyźni sięgają po bardziej wymagającą niż głupie romansidło lekturę.

Czy to znaczy, że kobiety są głupsze i mniej wymagające, więc czytają głupszą i mniej wymagającą literaturę? By odpowiedzieć na to pytanie, tymczasowo wyślijmy wszystkich czytelników romansów, harlequinów i tym podobnych na księżyc. Wysłani? To teraz znów sprawdźmy statystyki.

Być może mam złe informacje, ale powinna wyjść mniej więcej ta sama ilość, a może nawet liczba kobiet pozostanie większa, bo literackie papki dla mężczyzn o nagich femme fatale zdobywanych przez mięśniaków z dużymi yyy... mieczami wyróżniają się na półkach znacznie mniej niż tzw. "literatura kobieca" i nie zostały jeszcze uznane za pomiot czysto diabelski.  

Ale nie w tym rzecz.

Rzecz w tym, że przeczytałam przed chwilą artykuł o procentowej przewadze autorów nad autorkami i wpadłam w feministyczny szał, gdy ktoś z komentujących stwierdził, iż literatura kobiecego autorstwa jest po prostu za naiwna i niewielu chce ją czytać. To nie pierwszy raz, kiedy natykam się na podobną opinię, takie głosy można spotkać niemal wszędzie, jakby autorki zostały powszechnie spisane na straty. Wściekam się na to, bo sama piszę i ostatnia rzecz, jakiej bym chciała to odgórne uznanie mojej prozy za infantylną.

Bo jeśli romansidła są skierowane głównie do kobiet, to oczywiste, że piszą je kobiety. A romansideł pisze się dużo i masowo, więc - ta dam! - kobiety piszą tylko o miłości i tylko w sposób naiwny.

Ale pomyślmy - "umysłowymi odpowiednikami" kobiet zaczytujących się co dzień w harlequinach nie są wcale mężczyźni zaczytujący się co dzień, nie wiem, w Prouście, lecz ci dzień spędzający przed telewizorem lub komputerem. Tak jest, bo niektóre sposoby spędzania wolnego czasu przechodzą z matki na córkę, z ojca na syna i tak to się kręci przez pokolenia.

I nie tylko to się kręci.

Podejrzewam, że korzenie problemu sięgają czasów, kiedy po pióra sięgały dopiero pierwsze damy. Te kobiety nie były ani szczególnie wykształcone, ani nie wypadało im pisać o niektórych rzeczach. Ich czytelniczki nie były ani szczególnie wykształcone, ani im nie wypadało czytać o niektórych rzeczach, W ten sposób literatura kobieca zaczęła być utożsamiana z rzeczą niepoważną. Skoro to jest literatura kobieca, to w takim razie innej nie czytają, nie pisze się jej dla nich, a skoro nie pisze się jej dla kobiet, to po co w niej komu kobiety? Czemu nie napisać epickiego fantasy o napakowanych wojownikach, gdzie zacne niewiasty traktuje się niczym worek kartofli, co podoba się i jest na ogół akceptowane tylko przez mężczyzn, skoro i tak żadna kobieta nie będzie tego czytać?
I teraz literatura "męska" nie podoba się kobietom, więc jej nie czytają - czytają coś stworzonego z myślą także o nich, czyli "literaturę kobiecą". A skoro czytają literaturę kobiecą, nie ma sensu pisać... I tak w kółko.

W dodatku, skoro kobiety tworzą "literaturę kobiecą", pewnie każdą inną tworzyć będą w ten sam infantylny sposób. Więc po co ją czytać? Książki napisane przez kobiety się nie sprzedają, a skoro się nie sprzedają, nie ma sławnych nazwisk, a skoro nie ma sławnych nazwisk, nikt nie wie, jaka ta literatura jest w istocie...

Smutne, prawda?

Przyznam, że ja sama nie jestem bez winy, za każdym razem, kiedy widzę fantastykę napisaną przez kobietę, włącza mi się ostrzegawcza lampka, bo istnieje przecież jeszcze "kobiece fantasy" będące w istocie odpowiednikiem wspomnianych przeze mnie historii o napakowanych wojownikach. Strasznie to niesprawiedliwe tak oceniać kogoś po płci, chyba jeszcze gorzej niż unikać autorów polskich, bo Polska jest mała, a kobiety to połowa populacji tego globu.

Nie wiem, może przestańmy kisić się we własnym sosie i dajmy sobie wzajemnie szansę?

poniedziałek, 13 marca 2017

Czym się różni balkon od humanisty?


Jeśli jeszcze nie znacie tego dowcipu, już podpowiadam - balkon utrzyma rodzinę. Przynajmniej taka jest oficjalna wersja, którą pragnę zdementować niniejszym wpisem. Między balkonem, a humanistą istnieje jeszcze jedna zasadnicza różnica - humanista jest człowiekiem i bardzo łatwo wzbudzić w nim poczucie niższości, gdy z każdej strony bombardowany jest przeświadczeniem o własnej miernocie oraz braku perspektyw dla ludzi z jego predyspozycjami.

Wiadomo na przykład, że jedyne co potrafią poloniści to lać wodę, a całą istotą i sensem lekcji języka polskiego jest znajomość na pamięć Inwokacji z "Pana Tadeusza". Historycy to jeszcze dziwniejszy twór. Nikt nie wie, po co istnieją. Chyba tylko po to, by podjudzać kiboli do rozróby hasłami o ojcach, dziadach i sztandarach. A reszta, ta z którą przeciętny Polak nigdy nie musi się zetknąć w swoim życiu? Proszę Was... Inne dziedziny humanistyczne nie są już nawet po to, by zmniejszyć bezrobocie wśród nauczycieli.

Oczywiście odpowiedzialność za podobne przekonania ponosi system edukacji. Niestety ten jest już obciążony taką masą grzechów, że kolejne oskarżenie to jedynie kropla w morzu nienawiści ogółu społeczeństwa do przyjętych rozwiązań. Nie wierzę by wobec ogromu zjawiska wpis ten mógł cokolwiek pomóc, ale nie wypada stwierdzać, że edukacja humanistyczna ma sens i nie podawać argumentów na usprawiedliwienie tak śmiałej tezy

Otóż, Szanowni Państwo Nie-humaniści, ideą lekcji języka polskiego nie jest wtłoczenie dzieciom do głowy idei, iż Słowacki wielkim poetą był. (Bo nie był.) Wypracowania mają nie tylko nauczyć wypowiadania się na piśmie, ale także wyszukiwania argumentów oraz właściwej interpretacji słów autora, szczególnie tego nie ujmującego przekazu wprost. I nie, nikogo na maturze nie interesuje zdanie ucznia, ponieważ sprawdzana jest umiejętność zrozumienia intencji autora, a nie światopogląd zdającego.

Tego by jeszcze tylko brakowało...

Lekcje historii zaś mają na celu nie pobudzenie patriotycznej świadomości, jak chciałaby prawica. Historia powinna spowodować wzrost uczniowskiej odporności na wciskanie kitu przez różnorakie opcje polityczne, by nie dali sobie wmówić ani istnienia wielkiego imperium lechitów, które miałoby prowadzić zwycięskie walki z Juliuszem Cezarem ani, że to kościół spowodował cywilizacyjny regres po upadku cesarstwa zachodniorzymskiego, bo z takimi opiniami też się spotkałam.

Ponadto warto pamiętać, że nauka historii obejmuje także podstawowe rozumienie zachodzących na świecie procesów, również gospodarczych.

Oczywiście w jednych szkołach wciąż funkcjonuje stary model, w którym rację ma tylko i wyłącznie nauczyciel, a wszelka dyskusja jest zakazana. Oczywiście do wspomnianych lekcji dochodzi jeszcze masa innej wiedzy, ale wcale nie na tym zagadnieniu chciałam się dzisiaj skupić.

Wróćmy do naszej śmiałej koncepcji, że humanista jest człowiekiem i ma uczucia.

Najgorszy w chodzeniu do klasy humanistycznej, czyli takiej jak moja, nie jest już chyba nawet brak perspektyw, ale ciągłe powtarzanie nam przez znajomych/rodzinę/nauczycieli/przypadkowych przechodniów/ogół społeczeństwa, że jesteśmy do niczego, że nasza wiedza jest równie wartościowa jak importowane z Chin buble, a my sami powinniśmy jak najszybciej nauczyć się prowadzić ciągnik albo zrobić kurs spawacza, by być chociaż jak ten balkon i utrzymać rodzinę.

Zastanawiam się, jakie wspaniałe kariery zrobili ci wszyscy nie-humaniści i kto im w ogóle dał prawo orzekać w kwestii inteligencji nawet nie jednostek, ale ogromnej grupy o humanistycznych zainteresowaniach i umiejętnościach. Bo czy naprawdę lepiej by było, gdybym poszła, jak chciałam, do biol-chemu, gdzie przemęczyłabym się trzy lata, potem następne pięć na studiach, a na koniec skończyła nie wiedząc nic, bo rzeczy, za którymi nie przepadamy niezbyt nam też wchodzą do głowy?

Tak sobie też myślę... Czy przypadkiem każdy, kto dzisiaj nie umie poprawnie wyrażać się w języku polskim, a na świadectwie maturalnym miał minimum dwa z matematyki, nie jest od razu umysłem ścisłym?

czwartek, 9 marca 2017

Czemu akurat nekromanci?

NIKT NIE SPODZIEWA SIĘ NEKROMANCKIEJ INKWIZYCJI!

Kto nie słyszał z mych ust powyższego okrzyku, nie może mówić, że naprawdę mnie zna. Rodzina już dawno przestała pytać, a gdy hasło to pojawiło się wypisane kredą na kuchennej ścianie w towarzystwie trzech tęczowych jednorożców, nikt nie okazał większego zdumienia.

Nie ukrywam - był to cios dla mojej artystycznej duszy. Bo choć wspomniane jednorożce wymagają więcej niż jednej operacji plastycznej, by przypominać cokolwiek, w sztuce równie ważny jest przekaz wywołujący refleksję. Przypomnę: NIKT NIE SPODZIEWA SIĘ NEKROMANCKIEJ INKWIZYCJI! Mijają lata, ja sobie krzyczę i krzyczę, a wciąż nie pojawia się kluczowe pytanie: Czym jest, u diabła, Nekromancka Inkwizycja?

Czym jest inkwizycja sama w sobie chyba nikomu nie muszę tłumaczyć. To ci mili duchowni, zazwyczaj dominikanie, którzy swe życie poświęcili tropieniu herezji, walce z diabłem oraz paleniu czarownic na stosach. Z pewnością nie mają wiele dobrego do powiedzenia o czarnej magii, której nekromancja jest jakże widowiskową gałęzią.

A czym jest nekromancja? Zanim przejdę dalej wyjaśnijmy sobie jedną rzecz: nekromancja to nie nekrofilia. Nekromancja nie ma nic wspólnego z pociągiem seksualnym do trupa i choć to słowa bez wątpienia podobne, mylenie ich może okazać się fatalne w skutkach. Na przykład Krin swego czasu postanowiła wytłumaczyć znaczenie słowa “nekromancja” cioci. Wytłumaczyła, a ciocia chyba nawet zrozumiała, tylko z nekromantów szybko zrobili się nekrofile właśnie.

I tak pewnie do dziś opowiada koleżankom, jak to jej siostrzenica interesuje się nekrofilią.

A przecież nekromanci tylko rozkopują groby, by ożywiać trupy, najlepiej tworząc w ten sposób nieumarłą armię kroczącą na podbój wszechświata. Zazwyczaj. Tradycyjnie termin ten oznacza ludzi komunikujących się z duchami zmarłych w celu uzyskania od nich informacji o przeszłości lub przyszłości. Dopiero później został zaadaptowany przez fantastykę, głównie przez gry, gdzie przedzieranie się przez hordy ożywionych szkieletów to dzień powszedni. Osobiście nie jestem konserwatywna pod względem tego, co nazywa się nekromancją. Każda interpretacja jest dobra, jeśli tylko są w niej martwi i czarna magia. W czasie wolnym od grzebania w zwłokach nekromanta może również rzucać klątwy, przyzywać demony oraz siać ogólnie pojęty zamęt.

Dlaczego lubię nekromantów? Warto tu zwrócić uwagę, że mówię właśnie o nekromantach, a nie o samej nekromancji. Bo sama nekromancja, choć niewątpliwie równie mroczna i tajemnicza jak posługujący się nią ludzie, nie jest dla mnie już tak interesująca. Ot, jedna z wielu ciemnych sztuk.

Nekromanci zaś, choć zazwyczaj przedstawiani jako uosobienie zła, dla mnie są przede wszystkim ludźmi, którzy poświęcili życie dziedzinie najczęściej zakazanej albo przynajmniej wzbudzającej strach, nieufność i obrzydzenie. Dla niej pozwolili się wykluczyć ze społeczeństwa, dla niej gotowi są zaryzykować życie. A popycha ich niezdrowa ciekawość, fascynacja potęgą, która szybko może przerodzić się w rządze władzy. Dzień w dzień ścierają się nie tylko z niebezpiecznymi siłami ciemności, ale także ze sobą, z najgorszą częścią własnego jestestwa, która każe im brać coraz więcej i więcej bez oglądania się na konsekwencję. Wiedzą, że jeśli przekroczą granicę, czeka ich zguba, a mimo to pozwalają prowadzić się pokusie.

Walkę tę, wzgardzeni i ukryci w podziemnych, cuchnących oparami siarki pracowniach podejmują samotnie. Ewentualnie, mając za maskotkę kota lub inne wcielenie zła. I są nawet tacy mądrzy, by sądzić, że niebezpieczne połączenie samotności z demonami nie ma na nich wpływu. Prawie jak nałogowcy, którzy upierają się, że nie są uzależnieni. I dają się pochłonąć temu nałogowi.

Wydaje mi się, że fantastyka najpiękniejsza jest wtedy, gdy przypomina nasze codzienne zmagania. Niekoniecznie w sposób zamierzony przez autora/autorów, raczej nieświadomie, bo tego typu rzeczy budzą emocje. I nekromanci idealnie nadają się, by takie codziennie-niecodzienne zmagania podejmować. Idą pod prąd, bardziej niż ze złem zewnętrznym, mierząc się ze złem wewnętrznym. Ta ciemność, to zło, ta obca siła nie naciska na nich, lecz mieszka w duszy i niszczy od środka. Jest jak lęk, złe wspomnienie albo inna rzecz, którą próbujemy w sobie zwalczyć, a z którą nie możemy wygrać.

Nawet jeśli akurat nasi czarni magowie nie są zajęci wypłakiwaniem się kotu, wciąż posiadają potężną wiedzę gotową do niszczenia zarówno światów jak i płotu nielubionego sąsiada. Mogą ją oczywiście wykorzystać również w dobrym celu, a czynienie dobra złem jest przecież wcale niebanalne. Są władcami ciemnej mocy, a władza generuje wybory i moralne dylematy, które w następstwie pojawienia się pokusy lub zwyczajnie ludzkiego błędu mogą doprowadzić do widowiskowej katastrofy.

Aż wreszcie nekromanci to fascynaci tego, co egzotyczne, obce i upajające. Mogą stać się nie tylko ekscentrycznymi badaczami, ale także bogatymi dzieciakami, które szukają wrażeń w złej dzielnicy. Mogą się uzależnić. Mogą dać się zniszczyć przez własną pasję. Mogą powiedzieć rodzicom, że nie pójdą na prawo, bo chcą resztę życia spędzić wśród trupów i tajemnych symboli.

Więc czym w takim razie jest Nekromancka Inkwizycja? Motyw ten, choć pod różnymi nazwami i postaciami, często pojawia się w moich tekstach. Nekromancka Inkwizycja jest przeciwnikiem zwyczajnej inkwizycji, ponieważ uważa, że ożywianie trupów i przywoływanie demonów nie zawsze musi wiązać się z graniem roli Wielkiego Złego. Chroni zakopanych w księgach odludków, wyciąga z tarapatów tych, którzy pchają się w nie z uporem godnym lepszej sprawy i organizuje kursy wieczorowe z mhrocznego śmiechu.

Bo nekromanta przecież też człowiek, nie czarny, lecz szarawy, a czasem nawet trochę biały.

Oczywiście, pomijając wszystko powyższe, Nekromancka Inkwizycja, jak wszystko co nekromanckie zresztą, jest również uber-mhroczna, epicka i tak doskonała dla fangirlu jak dla parodii. Oprócz nekromantów-twardzieli jest również miejsce na nekromantów-słodkich-chłopców, nekromantów-nerdów oraz nekromantów-nieudaczników.

A ludzie z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu wciąż pytają, czemu akurat nekromanci.

poniedziałek, 6 marca 2017

Co, dlaczego i kto za tym stoi


Cześć?

Jestem tegoroczną maturzystką, ale szkoła nie nauczyła mnie, jak powinno się zaczynać pierwszy wpis na blogu, więc zaczynam od “cześć”. Mam nadzieję, że wyraża ono dostatecznie dużo uprzejmości, byście wybaczyli mi także dopiero nadchodzące potknięcia.

Nazwałam to miejsce Wyższą Szkołą Nekromancji, ale z góry uprzedzam, że nie zamierzam tu propagować jakichkolwiek treści okultystycznych. Nie zamierzam też babrać się w zwłokach, rzucać klątw ani nawoływać do rozkopywania grobów. Po prostu lubię nekromantów i gdy nie wiem, co powiedzieć ludziom na temat swojej pomaturalnej edukacji, deklaruję, że ja już mam dyplom. Dyplom Wyższej Szkoły Nekromancji i Innych Dziwnych Rzeczy ma się rozumieć.

Oprócz zainteresowania nekromantami, do którego pewnie wrócę nie raz, z lubością pochłaniam książki, szczególnie fantasy i - o zgrozo! - sama je piszę. Blog ten nie będzie miejscem publikacji owych tworów, choć z całą pewnością pojawią się na nim wpisy związane z tym jakże pochłaniającym hobby.

Z zamiarem założenia Wyższej Szkoły Nekromancji nosiłam się dość długo. Wpierw stwierdziłam, Krin ty głupia jesteś, ty się do matury ucz, a nie będziesz blogować, jak nawet nie wiesz o czym. Czas mijał, a myśl nieustannie kołatała się z tyłu głowy, ale stwierdziłam, Krin, ty głupia jesteś, kto normalny prowadzi bloga. Okazało się, że całkiem dużo osób. Całkiem normalnych. Z rozpaczą chwyciłam się ostatniej deski ratunku - ale, mamo, ja nie umiem założyć bloga. Ktoś posłyszał to żałosne wołanie o pomoc i oświecił mnie, jakie to dziecinnie proste
.
Więc oto jestem.

Blog to dla mnie swego rodzaju sprawdzian. W złych momentach, gdy wydaje mi się, że mój mózg zgubił się, wracając nocą z wychodka, przewrócił i połamał w kilku miejscach, mówię sobie, Krin, ty głupia nie jesteś, ty masz coś do powiedzenia.

Sprawdźmy.