środa, 6 września 2017

Ideał cierpiącego artysty

Ktoś mnie ostatnio oskarżył o bycie artystką. W dodatku wrażliwą artystką, bo artysta musi być przecież wrażliwy. Wszystko przez to moje pisanie i na nic zdały się tłumaczenia, że ja nie z tych, co "widzą więcej, czują więcej", ja tylko piszę głupie fantasy o nekromantach i innych indywiduach lubujących się w magicznej rozpierdusze. Bywa, biorę to na klatę.

Ale dlaczego piszę o tym jako o oskarżeniu? Wielu ludziom artysta kojarzy się pozytywnie, jednak w moich uszach to synonim dla "jesteś niedojrzałym i przewrażliwionym atencjuszem". A wrażliwy artysta to już w ogóle koszmar... Na takie hasło pojawia mi się w głowie obraz romantycznego poety potrafiącego tworzyć tylko kiedy cierpi, bo samotność, nędza i niezrozumienie. Niestety w głowach wielu ludzi wizja ta wciąż funkcjonuje jako artystyczny ideał albo - co gorsza - jako wyobrażenie artystycznej codzienności.

Jednak gdybym napisała tutaj, że pisarz też człowiek, więc należy mu płacić, bo jeść i żyć za coś musi, powtórzyłabym po nieskończonej rzeszy blogerów i publicystów, którzy poruszali ten temat. Ba! Uznaję stwierdzenie, że za cudzą pracę należy płacić za oczywistość. Jeśli ktoś jeszcze nie zdążył tego zrozumieć, to już chyba nie zrozumie.

Zastanawiają mnie jednak te pozostałe rzeczy: samotność i niezrozumienie. Bo przecież jakby pisarze byli radośni i otoczeni przyjaciółmi, nie powstałoby nic wartościowego. A jak ktoś ma prawdziwy talent, będzie pisał choćby wszystkim wbrew, dumnie wypinając pierś i nigdy nie ugnie się pod pełną jadu opinią filistrów. 

Ta...

Ostatnio w książkach zaczęła uderzać mnie ilość podziękowań i wylewność dedykacji. Autorzy mają w zwyczaju wymieniać całe rzesze ludzi, którzy ich wspierali w drodze do realizacji projektu. Często widzi się też dedykacje rodzaju: Mamie/Babci/Cioci, która zawsze we mnie wierzyła. W wywiadach i na spotkaniach autorskich nieustannie pada pytanie o rodzinę i jej pomoc w procesie pisania. Deklarowana jest ono zadziwiająco często, a deklarujących trudno nazwać grafomanami.

Z mojego doświadczenia i obserwacji wynika więc, że cierpienie to ostatnia rzecz, która mogłaby przynieść wenę. Nie znam nikogo, kto miałby siłę pisać w ten sposób. Nie słyszałam o nikim, kto osiągnąłby sukces, użalając się nad sobą w samotności i klepiąc w mokrą od łez klawiaturę. Tak się chyba nie da tworzyć, nie da się tak żyć. Nie jestem w stanie uwierzyć, że te lata, które wielcy pisarze tworzyli cierpiąc, to były lata ich artystycznej świetności, a nie snucia depresyjnych myśli nad milczącą maszyną.

I kiedy dowiaduję się od ponurego człowieka, że jest osobą piszącą, nie widzę wrażliwego artysty, którego przytłacza mocniejsze od przeciętnego odczuwanie rzeczywistości. Widzę człowieka, który nic nie napisze. Na pewno nie dziś.    

  



   

wtorek, 23 maja 2017

Matura, matura i po maturze

Minął już niemal tydzień, odkąd znajduję się w magicznej krainie zwanej "po maturze". To miejsce jeszcze piękniejsze niż "jutro" a nawet "od nowego roku". W magicznym po maturze młodzi ludzie wreszcie wiedzą, czego chcą od życia, zajmują się swoją pasją, chudną, robią prawo jazdy, a nawet sprzątają pokój. 

Na razie dotknęło mnie tylko to ostatnie, ale przecież minął zaledwie tydzień. Niektórym najwyraźniej powiodło się lepiej, bo już mówią, że się nudzą, nie wiedząc, co zrobić z tak dużą ilością wolnego czasu. Bo można przez tydzień spać, kolejny tydzień jeść i jeszcze kolejny grać w gry, ale kiedyś nadchodzi czas, że już naprawdę nie wiadomo, czym wypełnić powstałą pustkę.

Niektórzy idą do pracy i nie wątpię, że dla wielu jest to sensowne rozwiązanie, ale akurat nie dla mnie - osoby, która wie, kiedy zawiązano pierwszy triumwirat, ale nie wie, na co mogłaby wydać pieniądze. Widzieliście tych smutnych bogaczy w filmie, którzy nie wiedzą, co jeszcze mogliby kupić, bo nic nie daje im satysfakcji? Krin ma podobnie, tylko nie jest bogata ani nie spróbowała w życiu wszystkiego.

Być może to naprawdę najwyższy czas, by zmienić siebie i swoje życie. Na pewno jedno się już zmieniło - nie zastanawiam się, czy naprawdę aż tak nienawidzę szkoły. Jestem tego pewna. Dotąd każde wakacje chodziłam jak na szpilkach, dręczona okropną myślą, że każde tyknięcie zegara przybliża mnie do nieuchronnego koszmaru. W tym roku ten strach się nie pojawił, być może to kwestia zupełnie nowej sytuacji życiowej, ale czuję się duchowo lżejsza. Kiedy nie pochłania mnie poszukiwanie celu życiowego, zaczynam wierzyć, że naprawdę mogę zrobić coś ciekawego. I nikt mi nie powie, że powinnam powtórzyć coś ze szkoły, by być przygotowaną na kolejny rok. Nikt mi nie powie, że marnuję czas.

Mam tyle czasu, że mogłabym z niego zbudować dom. 

Chciałam stworzyć listę postanowień wakacyjnych, ale zadania z listy człowiek ma do wypełnienia podczas roku szkolnego. Nieustannie goni go jakaś klasówka lub praca domowa, która choć jest na za tydzień mogłaby być zaczęta już teraz... Tak, doszłam do wniosku, że postanowienia wakacyjne są jak szkoła. Bo szkoła, mimo szczytnych idei, jest przede wszystkim po to, by kontrolować, czy się uczysz. Lista postanowień wakacyjnych ma z kolei kontrolować, czy nie marnujesz czasu na głupoty i jest tą pracą domową, na którą masz kilka miesięcy, ale może wypadałoby zacząć ją już dziś...

I nie, ten wpis nie zmierza do żadnej ciekawej konkluzji. W tym wpisie chcę się z wami podzielić własnym szczęściem i życzyć, żebyście w czasie swoich znacznie krótszych urlopów czy wakacji nie tak długich ja maturalne potrafili uwierzyć, że nic nad wami nie wisi tak jak ja teraz wierzę.  

Obym wierzyła do października.

niedziela, 30 kwietnia 2017

Matura, czyli wiem, że nic nie wiem

Mam nadzieję, że nie spisaliście mnie na straty jako jednego z tych blogerów, którzy pojawiają się na kilka tygodni, by zaraz zniknąć w odmętach codzienności i braku weny. Jeszcze się trzymam. Chętnie powiedziałabym, że nie odzywam się, bo nauka do matury pochłania cały mój czas. Ha, ha, ha... Chciałabym. 

Za to z całą pewnością mogę stwierdzić, że matura pochłania całą moją siłę życiową. Trudno się zajmować innymi tematami, gdy co chwilę wzrok zawisa na podręcznikach okupujących całe pomieszczenie. Lepiej też nie ryzykować - rzecz wrzucona do internetu zostaje w nim na zawsze, a w tym przypadku będzie to świadectwo, jak to Krin siedzi przed komputerem zamiast się uczyć. Najbardziej wyrzucać będzie sobie te chwile ona sama, zwłaszcza, że znajduje się na najgorszym etapie nauki:

Wiem, że nic nie wiem.

Na ogół etap ten załącza mi się zaraz po etapie "wiem wszystko i aż wam gacie spadną przy sprawdzaniu", co czyni go podwójnie trudnym do zniesienia. Spotkałam się kiedyś z bardzo optymistyczną opinią, że jeśli uczeń wie, że nic nie wie, to znak - nauka przyniosła efekty, teraz tylko wio na egzamin. W końcu Sokrates wiedzą, że nic nie wie, zasłużył sobie na miano najmądrzejszego z Greków.

Ja jednak nie mam w sobie tyle optymizmu co wyrocznia delficka. Mam wrażenie, że zawaliłam. Jestem teraz po trzech godzinach nauki, a już czuję się zmęczona. Pff! Jak się będę uczyć dziesięć, pogadamy... Zostały trzy dni, w ciągu których mam jeszcze masę do zrobienia i czuję, że mogłam się za to zabrać wcześniej. Wprawdzie wcześniej robiłam inne rzeczy, ale mogłam... Mogłam też mniej spać. Mogłam zamiast czytać książki w komunikacji miejskiej, uczyć się w tym czasie. Mogłam darować sobie niektóre wizyty towarzyskie. Mogłam tyle nie siedzieć w internecie. Mogłam nie zajmować się pisaniem powieści...

Czy naprawdę mogłam? Pojęcia nie mam. Teoretycznie każdy musi od czasu do czasu odpocząć. Teoretycznie jestem jedną z najlepszych uczennic jednego z najlepszych liceów w Polsce i jeśli ja się przejmuję, reszta powinna srać po gaciach. Wszystko teoretycznie. Naprawdę pewna własnej wspaniałości będę dopiero, gdy powali mnie widok świadectwa maturalnego. Do tego czasu zostaje mi samobiczowanie, ponieważ na przykład za cholerę nie potrafię sobie przypomnieć treści przywileju jedleńsko-krakowskiego nadanego polskiej szlachcie przez Władysława Jagiełłę w 1430 roku. Tragedia.  

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

A po maturze idę na lewo

Nie wiem, jak to się stało, ale już w szkole podstawowej okazałam się jedynym członkiem rodziny szczerze zainteresowanym historią. A jakie znacie "dobre" studia, na których przyda się historia? Prawo! Prawo! Prawo! Miałam ledwie dwanaście lat, szłam dopiero do gimnazjum, a moja rodzina już wiedziała, że pójdę na prawo. I nie, nie pochodzę z rodziny prawniczej, ale po części lekarskiej. Wiadomo, prawo i medycyna to dwa według powszechnego mniemania elitarne kierunki.

Ja sama chciałam zostać lekarką właśnie, co było przyjmowane ze zdziwieniem, bo przecież... Prawo! Prawo! Prawo! Jednak do biol-chemu nie poszłam, bowiem problemy skórne w jakiejkolwiek specjalności zabiegowej zmieniłyby moje życie w koszmar.

Dla niewtajemniczonych - aktualnie obowiązujący system zakłada, że klasy o profilach niezawierających takich przedmiotów jak chemia, biologia, fizyka, historia czy WOS kończą swoją edukację w danym zakresie na pierwszej klasie liceum. Przewidziane są przedmioty uzupełniające - przyroda oraz HiS (Historia i społeczeństwo) i nie tylko brzmi to jak powtórka z podstawówki, ale dokładnie na takim jest poziomie. "Notują tylko ci, którzy nie pamiętają tego z przedszkola" - powiedział nam nauczyciel podczas lekcji o układzie słonecznym.

W praktyce powyższe oznacza, że w trzeciej klasie gimnazjum, czyli w wieku lat piętnastu, trzeba już mniej więcej wiedzieć, co ma się zamiar robić w wieku lat dwudziestu pięciu. Ja akurat byłam wówczas dobra z polskiego i historii. Wyrok: human. A jakie są sensowne kierunki studiów po humanie? Prawo! Prawo! Prawo!

Więc poszłam do klasy dumnie zwanej prawniczą i odtąd cały świat próbuje mi powiedzieć, że popełniłam największy błąd w swoim życiu, a prawo to najbardziej obciachowy i bezużyteczny kierunek pod słońcem, po którym będę mogła pracować co najwyżej w call center za psie pieniądze. Nie ma książki, której bym nie otworzyła, strony internetowej, na którą bym nie zajrzała ani człowieka, któremu nie powiedziałabym o swoich planach, żeby nie dowiedzieć się o o fatalności swojej decyzji.

Oto kilka przykładów.


Z podręcznika do angielskiego (tekst nosi tytuł "Letter to my teenage self"):
"Take your time deciding what career to do - I wish I had done more research into what it's really like to be a lawyer. If i hadn't studied law, I would have found my real career as an actor."
 Z "Informatora maturzystów 2017":
"Prawo należy do kierunków najtrudniejszych i niezbyt pasjonujących dla laika, dlatego kandydaci o niskiej motywacji do wykonywania tego zawodu powinni się dobrze zastanowić nad wyborem kierunku."
Z artykułu "Fenomen gówno wartych prac" David'a Rolfe'a Graeber'a (nie wiem, co to za gość, ale świetnie sformułował, to, co czuję od dawna):
"Jednak po kilku gorzej sprzedających się albumach kontrakt został zerwany, a on sam, obciążony zobowiązaniami finansowymi i małym dzieckiem, dokonał jak sam to ujął, wyboru niemal domyślnego dla ludzi żyjących bez celu: zaczął studiować prawo. "
Z powieści "Małe życie" Hanyi Yanagihary (dawno nic mnie tak nie zdołowało):
"W ten sposób uczelnia prawnicza łamie umysły. Powieściopisarze, poeci i artyści zazwyczaj nie radzą sobie dobrze na studiach prawniczych (chyba, że są złymi powieściopisarzami, poetami i artystami)"
Z podręcznika do historii, ściśle z podpisu pod portretem:
"Honore de Balzac, jeden z czołowych pisarzy XIXw., dla pisarstwa porzucił studia prawnicze, na które wysłał go ojciec."
Przypadek? Nie sądzę...

Oczywiście to są tylko te przykłady, które najmocniej zapadły mi w pamięć, w większości przez pojawienie się w nieoczekiwanych miejscach. Ale internet da wam więcej powodów, nawet całe listy. Nawet z mojej szkoły uważanej powszechnie za miejscową "kuźnię prawników" prawie nikt nie wybiera się na ten kierunek, wszyscy wiedzą, że nie ma sensu.

A ja? Czemu skoro wszyscy wiedzą, ja nie wiem? Wiem, ale nie dosyć, że nie mam pomysłu, co innego mogłabym robić, czuję się pod presją otoczenia lubiącego powtarzać, że idealnie nadaję się do tej pracy. Dlaczego? Odpowiedź na to pytanie często przyjmuje formę obelgi, więc nie będę powtarzać, bo hej, to jest zwyczajnie przykre.

Jeśli zaś sama miałabym mówić o swoich predyspozycjach w tym względzie, rzec mogę jedynie, że zdarza mi się wyszukiwać rozsądne argumenty w dyskusjach z nauczycielami częściej niż przeciętnemu uczniowi.

Szkoda, że tak rzadko we własnej sprawie...  

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Ostatni miesiąc

Coś od wielu miesięcy wisi w powietrzu, przylepia się do ciała i spędza sen z powiek. Ogłupiając trwogą, pełznie na języki, by zawładnąć umysłami i przejąć kontrolę nad kilkoma tysiącami uczniów, rodziców, nauczycieli oraz dyrektorów szkół.

Matura.

Bynajmniej nikt nie jest zaskoczony jak drogowcy zimą. Przeciwnie. Słyszę o maturze od samego początku liceum. Już pierwszego września trzy lata temu jasne było, że cała edukacja ma tylko jeden cel - maturę. Nic, czego nie będzie na maturze, nie ma prawa znaleźć się w programie lekcji, a już na pewno nie na sprawdzianie. O ile za przeprowadzane pod maturę sprawdziany nie mam pretensji, to za rozsiewaną paranoję jak najbardziej.

Jakiś student powinien wyśmiać naszą histerię, wszak matura w porównaniu do sesji to śmiech na sali. Maturę każdy głupi zda. Nawet dla mnie, tegorocznej maturzystki, płacze jakoby ktoś miałby nie zdać matury są po prostu żenujące. Trzeba być albo nieskończenie głupim, albo mieć nieskończenie wielkiego pecha, na przykład przez lapsus popełnić tzw."błąd kardynalny", który zeruje na polskim całą pracę, a to chyba nie przy każdym temacie jest nawet możliwe.

Inna sprawa, że poza zdaniem liczy się wynik.

Założę się też, że studentów nie katują każdą sesją trzy lata, nie wmawiają, że jeśli coś pójdzie nie tak, czeka ich zmywak, mop i czeluście piekielne. Rodzice nie siedzą nad nimi i nie każą się uczyć, nauczyciele ich nie ścigają, rodzina nie wypytuje o przygotowania przy świątecznym stole. Ostatnio odkryłam, że choć jestem potwornie zmęczona, wcale nie męczy mnie nauka, bo wcale się nie uczę, nie mam siły. Męczy mnie całe to myślenie o maturze, zamartwianie się i gromy za lenistwo.

Ostatnio usłyszałam, że jeśli mam czas, by siedzieć na forum literackim, to znak, że za mało się uczę. Nie powinnam mieć tyle czasu, nie powinnam prowadzić bloga, nie powinnam spać i oddychać, ale całe swoje życie podporządkować jednemu wysiłkowi - jak najlepszemu zdaniu matury. Im więcej słyszę takich opinii, tym mniej i z większym trudem się uczę. Jeśli faktycznie nie dostanę się na wybrane studia, będę o to obwiniać wyłącznie ten bezmyślnie klepiący pouczenia chór.

Dlaczego tak jest? Przypuszczam, że straszy ten, kto się najbardziej boi. Dyrekcja boi się słabych wyników, więc straszy nauczycieli. Źli nauczyciele nie przemieniają się magicznie w dobrych, tylko straszą rodziców i uczniów. Dodatkowo rodzice straszą dzieci i proszę bardzo - cały ten tłum spogląda nieszczęsnemu uczniowi na ręce, czy przypadkiem nie pozwolił sobie na jakąś rozrywkę.  

Założę się, że nikt nie ma takich problemów z nauką jak człowiek terroryzowany i nieustannie wybijany z obranego rytmu, a nauczyciele jak na złość biorą się do robienia sprawdzianów, by mieć pewność, że wszystko umiemy. Wiecie co? Niczego tak nie znoszę, jak sprawdzianu ze współczesności w momencie, w którym przerabiam tematy chronologicznie i jestem dopiero w oświeceniu.

O tym, że na wielu lekcjach dzieją się już tylko jakieś bzdury, a my musimy chodzić, bo trzeba mieć minimum 50% obecności już nawet nie wspomnę. Kto ma czas na szkołę, kiedy matura za miesiąc?

Nie wiem, jak to podsumować, ostatnio tak mało czytam przez tę hecę, że już mi słów brak. Mam tylko prośbę - dajcie się maturzystom uczyć w spokoju i nie próbujcie naciskać, bo oni naprawdę wiedzą, co robią. A jeśli nie wiedzą, nic już nie zdoła pomóc.

       

poniedziałek, 27 marca 2017

Całe strony wstydu


Dzisiejsza młodzież jaka jest, każdy widzi. To znaczy głupia, rozwydrzona i gotowa sprzedać nerkę w zamian za smartphone'a czy inny wytwór cywilizacji facebookoholików. Popatrzcie na taką Krin i spróbujcie powiedzieć, że ona nie jest beznadziejna. Zamiast zapisywać swoje przemyślenia w różowym notesiku skrupulatnie ukrywanym pod poduszką, ona założyła sobie bloga i śmie na nim pisać o swoich dziecinnych przemyśleniach. Jest już wprawdzie pełnoletnia, ale tylko pełnoletnia, bo z tej pełnoletności nie wynika nawet możliwość samodzielnego usprawiedliwienia nieobecności szkolnych. Poza tym nawet jeśli teraz jest pełnoletnia, to wcześniej, gdy po raz pierwszy odważyła się wygłosić własne zdanie w internecie, z całą pewnością pełnoletnia nie była.

O tempora! O mores! Ani się obejrzycie, a zacznie tu wrzucać swoje "selfiki" i pisać o ciężkim życiu, braku zrozumienia oraz wyborze Korwina na urząd prezydenta. Wszystkie te blogujące nastolatki powinny natychmiast wrócić do kąta, zamiast kazić dorosły świat swoją obecnością.

Żadnych blogów, jazda na boisko, potem na domówki, a jak nikt ich nie zaprasza, to odrabiać lekcje i pomagać rodzicom. Powieści pisać mogą, ale niech się przynajmniej nie ośmieszają publicznie, bo pisarzami są tylko bardzo poważni ludzie bardzo daleka stąd. I mają wąsy. I brodę. A jeśli z jakiegoś powodu nie mają, to przynajmniej z poważnymi minami chleją wódę, by odnaleźć natchnienie.

A tak poważnie - pamiętam, jak mając lat koło dziewięciu pod wpływem młodzieńczego natchnienia postanowiłam, że napiszę powieść i natychmiast zaczęłam wcielać swój plan w życie. Gdyby moje działania nie spotkały się z reakcją, najpewniej napisałabym kilka stron, a wiekopomne dzieło szybko zagubiłoby się w pomroce dziejów. Ale reakcja była i to nieprzyjemna. Jeszcze nie rozumiałam wówczas, o co chodzi, nie potrafiłam też określić rozumowo, dlaczego pisanie jest czymś niewłaściwym, ale czułam, że objęty przeze mnie kurs jest kursem skazującym na potępienie.

Od tamtej pory wielokrotnie nachodziły mnie chęci, by pisać. Spędzałam całe dnie, wymyślając historie, ale nic nie zapisywałam, bo było mi zwyczajnie głupio. To znaczy zapisywałam, w zeszycie z najgłębszej szuflady i tylko wtedy, kiedy nikt nie widział. Zwłaszcza rodzeństwo, bo ono mogłoby powiedzieć rodzicom. Na pewno by powiedziało, rzecz jest w końcu tak żenująca, że aż zabawna.

Ale to pisanie było tylko w dobrych momentach, kiedy chwytała mnie ta czysta, dziecięca i nieskażona brakiem pewności siebie wena. Do dziś mam swój tajemny zeszyt pełen napoczętych tekstów pisanych na przestrzeni lat i chętnie poczytałabym, żeby zobaczyć niewątpliwy postęp, ale za bardzo się boję.

I tak minęło do gimnazjum. W gimnazjum trafiłam między radośnie klepiące w klawiaturę yaoistki oraz dziewczyny bez żenady deklarujące, iż właśnie są w trakcie pisania powieści. Ja im opowiadałam swoje historie, one mi swoje i wesoło mijał czas, aż nagle zdałam sobie sprawę, że jestem jedyną osobą w towarzystwie, która mimo snucia złożonych opowieści, żadnej nie zapisuje. Deklarowałam to otwarcie - ja swojej nie zapisuję, nie tłumacząc dlaczego.

Bo wiecie, pisanie powieści w gimnazjum to żenada.

Nie wiem, jak to się stało, że jedna z wyżej wspomnianych koleżanek wciągnęła mnie w forum literackie. Znacznie lepiej pamiętam więżącą mnie wówczas nieśmiałość, której w pewnym stopniu nie wyzbyłam się do dziś, ale do niczego nie jestem w stanie porównać bólu tamtych pierwszych prób i szczęścia znalezienia się w środowisku aspirujących pisarzy. (Ludzie, kocham Was.) Okazali się nagle być bardzo, bardzo blisko i przysięgam, że nic mi nie wiadomo o żadnej wódce.

Tak rozpoczęło się pisanie poważne i regularne, teksty nareszcie zaczęły mieć zakończenia, a kto kiedykolwiek próbował pisać, wie jaki to ogromny postęp. Więc co? Czy to koniec tej historii? Wszyscy żyli długo i szczęśliwie?

Nic bardziej mylnego.

Bardzo trudno jest utrzymać w sekrecie hobby zajmujące kilka godzin dziennie, gdy mieszka się z rodziną, więc prawda szybko wyszła na jaw. Skończyłam jedno opowiadanie, skończyłam drugie... To zachciało mi się pisać powieść i tą myślą w swej bezgranicznej ufności podzieliłam się z pierwszym napotkanym domownikiem. Wiecie jaka była reakcja? Słowa przytaczam niedokładnie, bo dziś zwyczajnie nie pamiętam, ale były tak samo konkretne:

"Tylko nie myśl, że tym się zajmiesz w życiu" - usłyszałam, zanim zdążyłam skończyć zdanie. Naprawdę. Przerwano mi, jakbym nabawiła się niebezpiecznej choroby, której atak należy bezzwłocznie powstrzymać.

Serio?

Chyba nawet nie potrafię tej sceny opisać słowami. To nie był niepokój! To była panika! Natychmiast przestań myśleć o pisaniu powieści - mówiły te oczy. Pisanie opowiadań nic nie znaczy, wielu zdarza się ten jakże żenujący epizod, ale pisanie powieści to już stanowczo zbyt dużo. Kiedy człowiek zaczyna pisać powieść, to znak, że młodzieńcza głupota wyrwała się spod kontroli.

Byłam już wówczas przyzwyczajona do for literackich, poradników pisania i blogów w tejże tematyce, więc do głowy mi nie przyszła taka reakcja. Wybrnęłam z sytuacji, tłumacząc jednym tchem, że powieść chcę napisać dla siebie i w ogóle to przysięgam, że nigdy nawet nie pomyślę o zostaniu pisarzem, skończę prawo i zrobię karierę. Wielką karierę.

To oczywiście nie był koniec tej batalii. Po pierwsze, pisanie zabiera mi czas na naukę. Już nie robią tego gry komputerowe ani internet. Siedzenie w szkole do szesnastej, gdy może na jednej czy dwóch lekcjach w jakikolwiek sposób poszerzam swoją wiedzę nie zabiera mi czasu na naukę - robi to, często niepełna, godzina pisania. Bo przecież pisanie nie uczy. Nie rozwija. Pisanie to wdychanie oparów weny i przelewanie na papier strumienia świadomości.

Ale rzecz naprawdę zabawna miała dopiero nadejść. Któregoś wieczora, ni stąd ni zowąd, od wydawałoby się całkiem trzeźwo myślącej i bliskiej mi osoby dowiedziałam się, że istnieje jeszcze jedno ryzyko - popadnę w konflikt z prawem i pójdę do więzienia, bo będę chciała zobaczyć, jak to jest, w końcu pisarz wszystkiego musi doświadczyć na własnej skórze. Gdybym nie była tak zszokowana, ryknęłabym śmiechem. Teraz mam ochotę.

A skąd wspomniana osoba wie, co się tym pisarzom kotłuje pod czaszką? Otóż istnieje taki serial jak "Californication" opowiadający o mężczyźnie, który napisał jedną książkę i dalej wena mu się skończyła, więc, żeby się odblokować zażywa przygodnego seksu, alkoholu i narkotyków. Nie oglądałam, nie wiem, czy to dobry czy słaby serial. Wiem, że to ten argument, nie pobyt w więzieniu, zmienił moje postrzeganie świata.

Nie wiem, może ja naprawdę wyglądam na marzycielkę gotową rzucić studia i iść do więzienia dla sztuki. Może cała młodzież na taką wygląda i stąd przekonanie, że jeśli już podzieli się jakimś poglądem, będzie to pogląd bezkreśnie naiwny. Problemem nie jest nawet opinia innych, bo jeśli jesteś idiotą prawda prędzej czy później wyjdzie na jaw. Problem mają ludzie tacy jak ja, którzy słuchają takich opinii całe życie i naprawdę zaczynają wierzyć, że są za głupi i nie mają prawa ani pisać, ani wyrażać własnych poglądów.

Każdy publikowany w internecie utwór to dla mnie wstyd i wątpliwości - czy nie jestem aby tylko nastoletnią grafomanką, która zgrywa artystkę? Podobnie jest z każdym publikowanym na tym blogu wpisem. Bo co jeśli ludzie powiedzą mi: "Wracaj do szkoły, może tam zmądrzejesz."?

Na szczęście nikt tak jeszcze nie powiedział. Przeciwnie. W przypadku opowiadań słyszę nieśmiertelne: "Naprawdę dobrze piszesz... jak na swój wiek." Często zastanawiam się, jak w takim razie piszą moi rówieśnicy. Można by się upierać, że wcale nie piszą, skoro ich nie widać, ale przecież co drugi pisarz deklaruje, że zaczął pisać najpóźniej w szkole średniej. Może ich nie widać, bo niczym się nie wyróżniają?  

Tak czy inaczej, pragnę wam bezwstydnie oświadczyć, że jestem może nie dorosła, ale przynajmniej pełnoletnia i nie dosyć, że będę uparcie prowadzić bloga, to zamierzam zostać pisarzem. Może nie rzucę z tego powodu studiów, ale nikt nie zabroni mi nieustannej praktyki i sformułowania tego celu wprost. Szansa jeden na milion, ale nawet jeśli nie zostanę tym jednym, milionem też ktoś przecież musi być, inaczej literatura już dawno zeszłaby na dno.

Tylko nie mówcie mojej rodzinie ;) 

niedziela, 19 marca 2017

Bo kobiety piszą infantylnie...

Podobno kobiety czytają średnio więcej niż mężczyźni.

Podobno choć kobiety czytają więcej, rzadziej niż mężczyźni sięgają po bardziej wymagającą niż głupie romansidło lekturę.

Czy to znaczy, że kobiety są głupsze i mniej wymagające, więc czytają głupszą i mniej wymagającą literaturę? By odpowiedzieć na to pytanie, tymczasowo wyślijmy wszystkich czytelników romansów, harlequinów i tym podobnych na księżyc. Wysłani? To teraz znów sprawdźmy statystyki.

Być może mam złe informacje, ale powinna wyjść mniej więcej ta sama ilość, a może nawet liczba kobiet pozostanie większa, bo literackie papki dla mężczyzn o nagich femme fatale zdobywanych przez mięśniaków z dużymi yyy... mieczami wyróżniają się na półkach znacznie mniej niż tzw. "literatura kobieca" i nie zostały jeszcze uznane za pomiot czysto diabelski.  

Ale nie w tym rzecz.

Rzecz w tym, że przeczytałam przed chwilą artykuł o procentowej przewadze autorów nad autorkami i wpadłam w feministyczny szał, gdy ktoś z komentujących stwierdził, iż literatura kobiecego autorstwa jest po prostu za naiwna i niewielu chce ją czytać. To nie pierwszy raz, kiedy natykam się na podobną opinię, takie głosy można spotkać niemal wszędzie, jakby autorki zostały powszechnie spisane na straty. Wściekam się na to, bo sama piszę i ostatnia rzecz, jakiej bym chciała to odgórne uznanie mojej prozy za infantylną.

Bo jeśli romansidła są skierowane głównie do kobiet, to oczywiste, że piszą je kobiety. A romansideł pisze się dużo i masowo, więc - ta dam! - kobiety piszą tylko o miłości i tylko w sposób naiwny.

Ale pomyślmy - "umysłowymi odpowiednikami" kobiet zaczytujących się co dzień w harlequinach nie są wcale mężczyźni zaczytujący się co dzień, nie wiem, w Prouście, lecz ci dzień spędzający przed telewizorem lub komputerem. Tak jest, bo niektóre sposoby spędzania wolnego czasu przechodzą z matki na córkę, z ojca na syna i tak to się kręci przez pokolenia.

I nie tylko to się kręci.

Podejrzewam, że korzenie problemu sięgają czasów, kiedy po pióra sięgały dopiero pierwsze damy. Te kobiety nie były ani szczególnie wykształcone, ani nie wypadało im pisać o niektórych rzeczach. Ich czytelniczki nie były ani szczególnie wykształcone, ani im nie wypadało czytać o niektórych rzeczach, W ten sposób literatura kobieca zaczęła być utożsamiana z rzeczą niepoważną. Skoro to jest literatura kobieca, to w takim razie innej nie czytają, nie pisze się jej dla nich, a skoro nie pisze się jej dla kobiet, to po co w niej komu kobiety? Czemu nie napisać epickiego fantasy o napakowanych wojownikach, gdzie zacne niewiasty traktuje się niczym worek kartofli, co podoba się i jest na ogół akceptowane tylko przez mężczyzn, skoro i tak żadna kobieta nie będzie tego czytać?
I teraz literatura "męska" nie podoba się kobietom, więc jej nie czytają - czytają coś stworzonego z myślą także o nich, czyli "literaturę kobiecą". A skoro czytają literaturę kobiecą, nie ma sensu pisać... I tak w kółko.

W dodatku, skoro kobiety tworzą "literaturę kobiecą", pewnie każdą inną tworzyć będą w ten sam infantylny sposób. Więc po co ją czytać? Książki napisane przez kobiety się nie sprzedają, a skoro się nie sprzedają, nie ma sławnych nazwisk, a skoro nie ma sławnych nazwisk, nikt nie wie, jaka ta literatura jest w istocie...

Smutne, prawda?

Przyznam, że ja sama nie jestem bez winy, za każdym razem, kiedy widzę fantastykę napisaną przez kobietę, włącza mi się ostrzegawcza lampka, bo istnieje przecież jeszcze "kobiece fantasy" będące w istocie odpowiednikiem wspomnianych przeze mnie historii o napakowanych wojownikach. Strasznie to niesprawiedliwe tak oceniać kogoś po płci, chyba jeszcze gorzej niż unikać autorów polskich, bo Polska jest mała, a kobiety to połowa populacji tego globu.

Nie wiem, może przestańmy kisić się we własnym sosie i dajmy sobie wzajemnie szansę?